Co to jest bushcraft?

Czym jest bushcraft?

29 lutego 2020 0 Przez admin

Czym jest bushcraft? Albo nie… Czym dla mnie jest bushcraft? Brzmi już lepiej!

Tak naprawdę, zwłaszcza obecnie, ciężko stwierdzić czym jest bushcraft. W sieci jest modnym hashtagiem, w sklepach jest osobną półką z przedrożonym towarem, w towarzystwie jest niczym słownik wyrazów obcych – niby każdy o nim słyszał, niby zna kilka pojęć, ale w rękach nie miał.

Dla mnie bushcraft jest tym, czym nie jest dla większości „pasjonatów”. Od urodzenia nie jestem słownikowym pojęciem niczego, zatem w tym wypadku również nie powinnam. Mam jednak wrażenie, że w tej akurat kwestii, jestem bardziej „słownikowa” niż ludzie siedzący w tym od lat. Pewnie dlatego, że mam nieco w dupie pseudoprofesjonalizm. Nie znaczy to, że nie mam 1/3 chaty wypełnionej szpejem – hej, jeszcze lepiej! Wiem, do czego on służy!

W wolnym czasie tworzę wisiorki z żywicy oraz przeróżnych darów lasu – od roślin, przez martwe owady (sprawdzam puls), po kamienie (nie sprawdzam pulsu). Moje wisiorki są dla mnie bushcraftowe, ponieważ według słownikowej definicji takie właśnie są. Krzaczane rzemiosło wpasowuje się w moje rękodzieło idealnie.

Chodząc do lasu, znajduję wiele ciekawych elementów, które mogę potem na zawsze zamknąć w biżuterii. No i chodzę sobie do tego lasu…

W legginsach do biegania, w idealnie kamuflującej się bluzie w kolorze różowym, nie noszę czapki ani rękawiczek, plaszczę poślady na hamaku rozwieszonym według mojego autorskiego systemu „jak mi wygodnie”. Noszę tylko buty za kostkę, bo nie lubię, jak mi do środka szyszki nalecą. Mam Morę Basic do wszystkiego, której chyba nigdy w życiu nie czyściłam, oprócz wytarcia jej w szmatę albo sukienkę. Mam też Morę Eldris, bo jest różowa, jest cudna, użyteczna i mieści się wszędzie – serio polecam, są też wersje kolorystyczne dla mniej szurniętych. Mam też dwucentymetrowe paznokcie, dzięki którym nie muszę używać niektórych narzędzi 😀

Nie mam w swojej szafie ani jednej pary spodni (legginsy, to nie spodnie). Mam może ze dwa tiszerty. Połowa mojej garderoby to sukienki. Większość życia chodzę w sukienkach. TAK, do lasu też chodzę w sukience! Idealnej sukienki do lasu szukam dłużej niż kreacji na wesele czy sylwestra – tu zwykle i tak zakładam „coś z szafy”. Sukienka do lasu musi być wygodna, mieć odpowiednią wentylację, nigdzie nie obcierać, trzymać to co trzeba i nie rozpierdzielić się przy pierwszym zahaczeniu o krzoka. TAK, łatwiej kupić bluzkę ze sklepu buszkraftowego 😉

Latem chodzę do lasu w sukience i krótkich spodenkach, czasem nawet w sandałach – chociaż wolę albo w butach za kostkę, albo na boso. Za dzieciaka biegałam po drzewach, odzierałam się nie raz, to i nas „starość” mi nie zaszkodzi. Tak wiem, złapię kleszcza. Ale serio, znasz kogoś, kto kiedyś chciał złapać lub złapał kleszcza? Nie. To kleszcze nas łapią, jeśli zechcą. Mnie jakoś nie chcą. W całym moim życiu przyssał się do mnie tylko jeden. I to jeszcze tak na słowo honoru, że jako 12 latka po prostu „spstryknęłam” go paznokciem. Przeżyłam. Moja znajoma natomiast, na grzyby ubiera się jak na akcję antyterrorystyczną i w zeszłym roku miała 7 pasażerów na gapę w ciągu miesiąca. O czym to świadczy? Ano, wszystko się może zdarzyć i niekoniecznie od nas to zależy. Po co więc przejmować się frazesami?

Robię makijaż, bo głupio wyglądam bez brwi. Głupio też by było, gdyby leśne zwierzęta uciekały szybciej na mój widok niż przedszkolaki. O dorosłych nie mówię, bo będzie jeszcze bardziej głupio. Nie związuję niczym włosów, bo nie związuje włosów niczym nigdy. Wiatr to najlepszy stylista. Żaden fryzjer codziennie nie wyczaruje tak specyficznej fryzury, jak wiatr. Włosy czesane wiatrem są szczęśliwe. W lesie jestem praktycznie taka sama jak w mieście. Taka ten, leśna elegancja.

Mój dom też jest leśny i buszkraftowy. Wszędzie leżą patyki, liście, kamienie, dzikie zwierzę… koty. Mech. Koty na mchu. Koty. Gałęzie na kotach. Kwia… ty były, dopóki nie zjadły ich koty. I tak dalej. Jestem typem wiecznego kombinatora, makgajwera i tworzyciela czegoś z niczego. Wiem, że można kupić – ale ja wolę po swojemu. Wiesz, że można naprawić drążek prysznicowy za pomocą odpowiednio przyciętego patyka i gumy do żucia? I, że widelec do nakładania makaronu można samemu wyciąć z przypadkowej gałęzi? No pewnie, że wiesz. To moim zdaniem jest bushcraft.

Jestem członkiem wielu grup, poświęconych temu tematowi, jestem stałym czytelnikiem blogów oraz artykułów – ale się nie udzielam. Jest za dużo rzeczy, z którymi się nie zgadzam. Na grupach możemy zauważyć wieczne przepychanki rodem z przedszkola – „robisz to źle”, „co ty masz na nogach”, „te hamaki są chujowe”. Nie widać tam wspólnej pasji ani chęci do pomocy, dzielenia się rzeczywistym doświadczeniem. Młode rybki od razu są pochłaniane przez rekiny. Poruszane są tematy, o których większość komentujących nie ma zielonego pojęcia. Niewiele mnie rusza, ale na pewnej grupie jakiś czas temu pojawił się post młodego chłopaczka w mundurze (komentarzy dalej przybywa) – moim zdaniem, ten przykład idealnie obrazuje pojęcie niepojętego bushcraftu. Młody zapalony, chętny na nowe przygody, zafascynowany lasem – pokazał się w „ciuszkach” do lasu i zapytał, w czym chodzą inni. Chwalić! Nie… Zeżreć żywcem, bo jak zwykle – coś komuś nie pasuje. Kto chce znajdzie, poczyta, zastanowi się. Większość komentarzy dotyczyła flag na mundurze i kwestii prawnych samego ubioru. Ehh, rąk w kieszeni, wieku i tego, że to nie jest grupa od „takich postów”. Większość komentujących w życiu nie powie, skąd w ogóle wzięli pomysł na udzielanie się na temat, o którym nigdy nawet nie czytali. Nie mówię, już o uzasadnieniu, podaniu odpowiednich paragrafów… Tak czy siak, nie dajcie sobie wmówić, że flagę należy zdejmować skądkolwiek. To nasza flaga i będziem nosić ją dumnie!

Zastanawia mnie, dlaczego tak to wszystko funkcjonuje. Ktoś kupuje „nieaktualny” mundur z demobilu, dostaje od wujka, znajduje w lumpeksie. Obojętnie skąd go ma, uważa, że to dla niego idealny strój do lasu. Dlaczego nie może tak uważać? Dlaczego nie może chować rąk do kieszeni, jak mu po palcach piździ? Dlaczego ma wypruwać flagi – jak to było rzeczone „z szacunku do ojczyzny” – pewnie odprute wywalić do śmietnika? Pominę komentarz, że rysy autora „jeszcze chłopięce, ale będzie lepiej” – no nie wiem, możliwe, że nie powinnam chodzić do lasu, bo moje rysy nie są nawet chłopięce, więc już bardziej męsko z nimi nie będzie.

To nie jest zasiewanie pasji, tylko niszczenie nasionka nim porządnie puści pędy – czy stare rośliny muszą zgniatać młode, żeby przetrwać. Oh, wiesz jak jest w naturze. Zupełnie nie tak jak tu.

Czym więc dla mnie jest bushcraft? Nie tym, czym jest dla większości „zapaleńców”. Po prostu ja jestem naturą, natura jest mną. Nie wpisuję się w ramy ludzi, tylko w ramy lasu. Uwielbiam stare futra, a moje żywe futra uwielbiają je jeszcze bardziej. Zbieram kości w lesie. Zabieram ładne patyki do domu. Mam w domu pająki – ten z szafki w kuchni ma na imię Kasia. Robię nalewki i syropy z leśnych znalezisk. Robię też pyszne ale koszmarnie kopytne wino i miody – chociaż nie tak to miało wyglądać według moich obliczeń. Wyciągam z pralki kamienie, przysięgam, nie wiem skąd się tam wzięły! Rysuję penisy na świeżym śniegu i lepię gołe baby zamiast bałwanów. A jeśli spotkasz w lesie babę w sukience, to prawdopodobnie będę ja.